Słyszymy o zagrożeniach ze wschodu, o potrzebie wzmocnienia granic i bezpieczeństwa. To stała narracja, do której zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jednak niedawna decyzja Ministerstwa Obrony Narodowej o uruchomieniu Operacji Horyzont i zaangażowaniu w nią aż 10 000 żołnierzy budzi obawy i rodzi pytania. Czy naprawdę potrzebujemy takiej mobilizacji, czy może pod płaszczykiem „obrony” państwo szykuje nam coś zupełnie innego?
Dla wielu Polaków obraz wojska na ulicach budzi niepokojące skojarzenia z najgorszymi czasami pandemii COVID-19. Pamiętamy doskonale, jak żołnierze ramię w ramię z policją patrolowali miasta, sprawdzając, czy obywatele przestrzegają często absurdalnych obostrzeń. Był to czas, gdy państwo, pod pretekstem walki z wirusem, znacznie ograniczyło nasze swobody, a widok munduru stał się symbolem kontroli i zakazów. To nam przypomina czasy, gdy wojsko pilnowało nas, żebyśmy nie wyszli z domu bez maseczki.
Mieliśmy oddychać wolnością, a tymczasem pętla kontroli zdaje się zaciskać. Decyzja o skierowaniu potężnych sił do działań operacyjnych wewnątrz kraju to ruch bez precedensu w czasie pokoju. MON uspokaja, że to tylko wsparcie granicy i infrastruktury krytycznej. Ale czy na pewno?
Oficjalnie: Walka z dywersją
Podczas konferencji prasowej 19 listopada 2025 r., władza uzasadniła wyprowadzenie wojska na ulice serią „aktów dywersji”. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz argumentował, że sytuacja wymaga nadzwyczajnych środków:
„Akty dywersji, które miały miejsce, w tym bezprecedensowe przypadki podłożenia ładunków wybuchowych w celu przerwania działania istotnej infrastruktury, wymagają intensyfikacji i współdziałania służb (…). To współdziałanie musi być jeszcze większe.”
Minister chwalił się również rekordowym budżetem – 200 miliardów złotych na bezpieczeństwo – i zapowiedział „zdecydowane działania”. Jednak w ustach polityków „zdecydowane działania” często oznaczają po prostu większą kontrolę nad społeczeństwem.
Sąsiedzka czujność czy donosicielstwo?
Jeszcze bardziej niepokoją słowa wojskowych. Szef Sztabu Generalnego WP, gen. Wiesław Kukuła, ogłosił, że operacja rusza już 21 listopada. Co dokładnie mają robić żołnierze? Generał mówi wprost o „aktywizacji obywateli”:
„Naszymi celami będą (…) zapobieganie aktom sabotażu i dywersji, ograniczenie swobody działania potencjalnych sprawców (…), a także aktywizacja obywateli, zachęcanie do uważniejszej obserwacji najbliższego otoczenia i zgłaszania sytuacji, które mogą budzić niepokój.”
Brzmi niewinnie? „Uważniejsza obserwacja otoczenia” i „zgłaszanie sytuacji” to prosta droga do budowania atmosfery podejrzliwości. Czy w ramach Operacji Horyzont mamy zacząć donosić na sąsiadów, którzy zachowują się „nietypowo”?
Flashbacki z lockdownu
Najwięcej obaw budzi jednak zacieranie granicy między policją a wojskiem. Szef MSWiA Marcin Kierwiński z nostalgią wspominał czasy, gdy te służby działały razem, sugerując, że jest to wzór do naśladowania:
„To jest kolejna operacja, która ma pokazać, że policjanci, strażnicy, strażacy oraz żołnierze będą współpracować ramię w ramię. Przypomnijcie sobie Państwo, jak silna była ta współpraca, kiedy walczyliśmy o bezpieczeństwo Polaków. (…) Infrastruktura jest istotna, ale bez współdziałania ludzi nie byłoby to możliwe.”
Panie Ministrze, pamiętamy tę „współpracę”. Pamiętamy mandaty za spacer w parku i drony nad miastami. Czy właśnie taką wizję bezpieczeństwa szykuje nam rząd w ramach nowej operacji?
Czy grozi nam trwała militaryzacja?
Rząd twierdzi, że wojsko ma chronić jedynie infrastrukturę krytyczną. Ale co nią jest? Dworzec w centrum miasta? Most, którym codziennie jeździsz do pracy? Poczta Główna? Definicja jest na tyle szeroka, że żołnierze mogą pojawić się wszędzie, a granica między ochroną obiektu a patrolowaniem ulicy stanie się fikcją.
Wnioski są jednoznaczne i nie napawają optymizmem. Militaryzacja Polski przyspiesza na naszych oczach. Idealny pretekst już jest – to walka z niewidzialnym dywersantem i ochrona infrastruktury. Niestety, wszystko wskazuje na to, że rządzący wykorzystują ten moment, aby umocnić swoją władzę i przyzwyczaić nas do życia w cieniu karabinów.
Kiedyś straszono nas wirusem, dziś wojną. Cel wydaje się ten sam: posłuszeństwo i kontrola. 10 000 żołnierzy na ulicach to nie tylko demonstracja siły wobec wroga zewnętrznego, to także sygnał do wewnątrz. Pytanie tylko, czy kiedy zagrożenie minie, wojsko wróci do koszar? Czy może zostanie z nami na zawsze, pilnując, by nikt nie wyszedł przed szereg w tej nowej, „bezpiecznej” rzeczywistości?
Opracowano na podstawie: 1

w odpowiedzi putin wyśle orzesznika (na szczescie bez atomowej glowicy) na wojsko przy granicy jak pisał bulet prorok