W wywiadzie z 2007 roku emerytowany generał Wesley Clark ujawnił, że Pentagon miał plan „wyeliminowania siedmiu krajów w ciągu pięciu lat” – Iraku, Syrii, Libanu, Libii, Somalii, Sudanu i Iranu. W ciągu następnych dwóch dekad pierwsze sześć z nich zostało zbombardowanych, zdestabilizowanych lub pogrążyło się w wojnie domowej. Jedynym krajem, który pozostał niepokonany, jest Iran – opierający się zachodniemu systemowi bankowości centralnej, kulturowo wrogi globalnemu lichwiarstwu i strzegący jednych z najstarszych stanowisk archeologicznych na świecie.
Obecnie główne media, takie jak Fox News i Independent, ostrzegają przed zbliżającą się cyberwojną i nakazują nam przygotować się na potencjalny cyberatak Iranu na Stany Zjednoczone lub ich sojuszników, wymierzony w infrastrukturę krytyczną, taką jak systemy energetyczne i wodociągowe. Zamiast jednak zastanawiać się, jak się przed tym bronić, powinniśmy zadać sobie bardziej fundamentalne pytanie: czy Iran naprawdę jest winowajcą? A może jest tylko kozłem ofiarnym w scenariuszu mającym na celu wzmocnienie kontroli elit zarówno za granicą, jak i w kraju?
Najnowsza historia pokazuje wyraźny schemat: kiedy wybucha kryzys, władza państwowa i korporacyjna szybko się konsoliduje. Po 11 września rząd USA wprowadził ustawę Patriot Act, bezpodstawną inwigilację i bezterminowe zatrzymania, wszystko w imię bezpieczeństwa. Krach finansowy z 2008 roku przyniósł historyczne dofinansowanie banków i przyspieszył konsolidację gospodarczą. W 2020 r. pandemia COVID-19 spowodowała normalizację lockdownów, wprowadzenie kodów QR jako przepustek zdrowotnych oraz wezwań do stworzenia systemów identyfikacji cyfrowej powiązanych z dokumentacją medyczną. W następstwie zamieszek w Kapitolu eksplodowały propozycje zwiększenia cenzury, nadzoru opartego na sztucznej inteligencji oraz kontroli wypowiedzi w Internecie. Jak podkreśliła autorka Naomi Klein w swojej przełomowej pracy The Shock Doctrine, elity rutynowo wykorzystują kryzysy do przyspieszenia wprowadzania polityk, które w innym przypadku zostałyby odrzucone przez społeczeństwo.
Obecna cyberpanika wpisuje się w ten schemat. Gdyby doszło do katastrofalnego wydarzenia cyfrowego, które sparaliżowałoby szpitale, banki lub systemy energetyczne, rozwiązaniem cicho wprowadzanym do dyskursu publicznego jest wdrożenie globalnej infrastruktury „cyfrowych identyfikatorów”. Światowe Forum Ekonomiczne wyraźnie podkreśliło, jak ważne są globalne cyfrowe identyfikatory osób i przedmiotów dla cyfryzacji handlu i stworzenia globalnej gospodarki cyfrowej. W swoim Digital Identity Blueprint WEF przedstawia ramy łączące aktywność online, usługi finansowe, pozwolenia na podróż, a nawet dane behawioralne w jedną tożsamość. Jednak to, co sprzedaje się jako „bezpieczeństwo”, jest w rzeczywistości podstawą technokratycznej sieci kontroli.
W przypadku wdrożenia cyfrowa identyfikacja funkcjonowałaby jako klucz do wszystkiego: pieniędzy, dokumentacji medycznej, dostępu do Internetu, a nawet możliwości podróżowania. Z czasem mogłaby połączyć się z systemami limitów emisji dwutlenku węgla i oceną kredytową, takimi jak te testowane w Chinach. Twoje prawa regulowałby algorytm, a nie konstytucja. Jedna niewłaściwa opinia i ryzykujesz wykluczenie ze społeczeństwa, nie przez policję, ale przez kod. W świecie, w którym tłumy w mediach społecznościowych egzekwują ideologiczną czystość, publiczne poniżanie staje się nowym mechanizmem kontroli. Samocenzurujesz się, sam siebie nadzorujesz, a ostatecznie sam sobą rządzisz – na warunkach wyznaczonych przez kogoś innego.
Istnieje jednak zasadniczy problem z narracją o cyberataku „to sprawka Iranu”: Iran nie ma takich możliwości. Infrastruktura cyberwojskowa Iranu jest znacznie mniej zaawansowana niż infrastruktura Stanów Zjednoczonych, Izraela, Rosji czy Chin. W rankingu National Cyber Power Index opracowanym przez Harvard Belfer Center Iran zajmuje niską pozycję. Chociaż Iran może być w stanie przeprowadzić ataki hakerskie na poziomie uciążliwości, nie jest w stanie unieruchomić krytycznej infrastruktury USA. Jeśli więc dojdzie do poważnego cyberataku, obwinianie Iranu może służyć celom politycznym, a nie odzwierciedlać rzeczywistość.
Iran jest wygodnym wrogiem, ale istnieją głębsze powody, dla których jest strategicznym celem zmian reżimu. Pozostaje jednym z niewielu krajów, które od dawna opierają się integracji z systemem finansowym kierowanym przez Zachód. W 1983 r. Iran przekształcił cały swój system bankowy, aby dostosować go do prawa szariatu, co oznacza, że odsetki (riba) są oficjalnie zakazane. W przeciwieństwie do innych krajów z większością muzułmańską, które w szerokim zakresie stosują standardy AAOIFI, Iran stosuje własny system, znacznie odbiegający od globalnych norm bankowości islamskiej.
Podobnie jak Libia Kaddafiego, która została zaatakowana po zaproponowaniu panafrykańskiej waluty opartej na złocie, Iran stanowi zerwanie z globalną polityką monetarną kierowaną przez MFW. Co więcej, jego islamski system bankowy zakazuje pobierania odsetek od kredytów, co jest podstawową cechą zachodniego finansowania dłużnego.
Iran jest również domem dla niektórych z najstarszych stanowisk archeologicznych na ziemi, w tym Persepolis i ruin Elamite, które są starsze od większości zapisanej historii. Kiedy w 2003 roku Stany Zjednoczone najechały Irak, w ciągu kilku tygodni splądrowano Muzeum Iraku i zniknęło ponad 15 000 artefaktów – wielu z nich nigdy nie odzyskano. Niektórzy uważają, że te inwazje nie dotyczą tylko ropy naftowej lub polityki, ale także przejęcia kontroli nad starożytnymi artefaktami.
Wojna z Iranem służyłaby jednocześnie dwóm celom. Na arenie międzynarodowej doprowadziłaby do utworzenia banku centralnego sprzyjającego Zachodowi, otwarcia irańskich rynków i uzyskania dostępu do skarbów kultury i historii. W kraju cyberatak przypisany Iranowi zostałby wykorzystany do uzasadnienia wprowadzenia cyfrowych dowodów tożsamości, ściślejszej kontroli przestrzeni internetowej i ograniczenia swobód obywatelskich – wszystko w imię „bezpieczeństwa”. Ta podwójna agenda odzwierciedla to, co wydarzyło się w Libii, Iraku, a nawet w Ameryce po 11 września: pokonuje się wroga zagranicznego, a ludność krajowa po cichu traci więcej wolności.
Iran może nie przeprowadzić cyberataku; może nawet nie chcieć tego zrobić. Ale jeśli taki atak nastąpi, a media pospiesznie obarczą winą Teheran, powinniśmy spojrzeć głębiej. Kto naprawdę na tym zyska? Kto ma takie możliwości? Kto przez dziesięciolecia przygotowywał grunt pod takie działania?
Prawdziwe pytanie nie brzmi: czy Iran nas zhakuje? Brzmi ono: Czy zrezygnujesz ze swojej wolności, gdy powiedzą, że to Iran?
