Cofając się do pierwszej połowy XX wieku, natrafiamy na grupę Technocracy Incorporated, która planowała przebudowę społeczeństwa poprzez postawienie naukowców u sterów władzy. Choć ruch ten wygasł, jego ukryta idea wciąż budzi entuzjazm w Dolinie Krzemowej
13 października 1940 roku Joshua Haldeman, kręgarz z Reginy, stanął przed sądem miejskim, aby odpowiedzieć na dwa zarzuty postawione na mocy ustawy o obronie Kanady (Defence of Canada Act). Jego domniemanym przestępstwem była przynależność do Technocracy Incorporated – organizacji, która kilka miesięcy wcześniej została zdelegalizowana przez kanadyjski rząd w ramach szeroko zakrojonej akcji wymierzonej w grupy uznane za szkodliwe dla wysiłku wojennego.
Technocracy Incorporated nie było ruchem politycznym – co więcej, politycy ani członkowie partii politycznych nie mieli do niej wstępu. Organizacja powstała w Nowym Jorku w 1933 roku jako instytucja edukacyjno-badawcza, promująca radykalną przebudowę życia politycznego, społecznego i gospodarczego w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, opartą na nauce jako nadrzędnej zasadzie funkcjonowania.
W tym systemie nie byłoby miejsca dla polityków, biznesmenów, pieniędzy ani nierówności dochodowych. Wszystko to stanowiło elementy tego, co technokracja nazywała „systemem cenowym” (price system), który musiał zostać zlikwidowany. Nie istniałyby również państwa takie jak Kanada czy Stany Zjednoczone – zastąpiłby je jeden gigantyczny blok kontynentalny zwany Technatem (Technate). Miałaby to być techno-utopia rządzona przez inżynierów i innych „ekspertów” w swoich dziedzinach. W Technacie każdy miałby zapewniony dom i wyżywienie. Wszystkie potrzeby materialne byłyby zaspokojone, niezależnie od tego, czy dana osoba posiadałaby pracę.
Joshua Haldeman był liderem Technocracy Incorporated w Kanadzie w latach 1936–1941, lecz z czasem rozczarował się zarówno organizacją, jak i samym krajem. Spakował swoją młodą rodzinę i wyjechał, by zacząć życie od nowa w RPA. W czerwcu 1971 roku córka Haldemana, Maeve, urodziła jego pierwszego wnuka. Nazywa się on Elon Musk.
W 2019 roku Musk napisał na Twitterze: „Przyspieszamy prace nad Starshipem, aby zbudować marsjański Technat”.
Wirtualna Kawa | Telegram | Grupa Dyskusyjna | Facebook | X | Instagram | Rumble
Szacuje się, że majątek Muska przekracza dziś 150 miliardów dolarów amerykańskich. Najwyraźniej poradził on sobie znakomicie w ramach „systemu cenowego”, przeciwko któremu występowałby jego dziadek. Musk nie porzucił jednak całkowicie swoich technokratycznych korzeni.
Nie mówi on co prawda o Technacie na Ziemi, ale zainwestował miliardy w budowę rakiet, które mają wysłać ludzi na Marsa w celu jego kolonizacji. Chce, aby do 2050 roku powstało tam miasto zamieszkane przez milion osób. W 2019 roku Musk napisał na Twitterze: „Przyspieszamy prace nad Starshipem, aby zbudować marsjański Technat”.
Większość koncepcji Technate wysuwanych przez Technocracy Incorporated nie była ani praktyczna, ani możliwa do zrealizowania. Postawiły one jednak przynajmniej dwa istotne pytania, z którymi zmagamy się do dziś: jak rządy powinny reagować, gdy rzesze ludzi tracą pracę w wyniku automatyzacji – oraz jak demokracja przedstawicielska, ze wszystkimi swoimi oczywistymi niedoskonałościami, może skutecznie funkcjonować w świecie, w którym nauka i technologia odgrywają coraz bardziej dominującą rolę?
„Zderzenie przeżytku z nowoczesnością”
W przemówieniu do amerykańskiej publiczności w 1963 roku Howard Scott, założyciel i lider Technocracy Incorporated, oświadczył: „Jeśli chodzi o idee technokracji, jesteśmy tak daleko na lewo, że przy nas komunizm wygląda na burżuazyjny”.
Być może nie było to najskuteczniejsze hasło rekrutacyjne w samym szczycie zimnej wojny, ale Scott nie mylił się całkowicie.
Technokracja nie była jedynym ruchem protestu, który wyłonił się z gospodarczej zapaści lat 30. XX wieku. Duże poparcie zdobyły także Social Credit w Albercie oraz Co-operative Commonwealth Federation w Saskatchewan (poprzedniczka dzisiejszej partii NDP). Niektóre ugrupowania z całego spektrum politycznego miały powiązania z europejskimi ruchami politycznymi. Inne posiadały charyzmatycznych liderów, jak Huey Long czy ojciec Charles Coughlin w Stanach Zjednoczonych.
Jednak technokracja była ruchem unikalnym dla Ameryki Północnej i być może najbardziej radykalnym ze wszystkich. W mrokach Wielkiego Kryzysu setki tysięcy Kanadyjczyków i Amerykanów były gotowe go poprzeć.

Ideologia technokracji wymyka się prostym klasyfikacjom. Była antykapitalistyczna i antydemokratyczna, ale nie faszystowska. Była antyrządowa, ale nie libertariańska. Wierzyła w radykalną formę równości społecznej i ekonomicznej, ale nie była marksistowska.
Ruch ten odrzucał wszystkie te ideologie, ponieważ żadna z nich nie akceptowała faktu, że nauka i technologia nieodwracalnie zmieniają życie w Ameryce Północnej – oraz że tylko wysokiej klasy inżynierowie i eksperci są zdolni do zbudowania „nowej” Ameryki Północnej.
Podczas gdy inne partie polityczne i grupy protestacyjne prześcigały się w planach przywrócenia ludzi do pracy, odpowiedź technokratów brzmiała: nawet nie zawracajcie sobie tym głowy. Świat się zmienił, a miejsca pracy zlikwidowane przez maszyny już nigdy nie wrócą.
Przed rewolucją przemysłową większość produkcji odbywała się ręcznie i towarów nigdy nie wystarczało dla wszystkich; była to gospodarka oparta na niedoborze. Teraz maszyny mogły wytworzyć wszystkiego pod dostatkiem dla każdego, przy znacznie mniejszym nakładzie ludzkiej pracy.
Jednak ten system przemysłowy, zdolny do generowania obfitości, był hamowany przez „system cenowy” – przedprzemysłowy konstrukt oparty na niedoborze, zupełnie niedostosowany do świata, w którym maszyny zastępują ludzi w miejscu pracy.
W samym sercu systemu cenowego leżał pieniądz. To on zmuszał ludzi do zadłużania się, łamania prawa, chciwości i wszelkiego rodzaju innych złych zachowań. Ale pomoc była już w drodze.
„Marsz technologii wraz z jej rosnącą obfitością zniszczy każdą wartość systemu cenowego” – oświadczył Scott w przemówieniu w Sylvan Lake w prowincji Alberta, podczas trasy objazdowej po zachodniej Kanadzie we wrześniu 1939 roku. „To zderzenie przeżytku z nowoczesnością, technologii z wartością, nauki z chaosem”.
Jeśli brzmi to znajomo, to dlatego, że katastroficzne scenariusze dotyczące masowego bezrobocia i niepokojów społecznych wywołanych zmianami technologicznymi towarzyszą nam co najmniej od czasów rewolucji przemysłowej.

W latach 70. XVIII wieku, gdy upowszechniła się przędzarka „spinning jenny”, wielu tkaczy, którzy dotąd przędli materiał ręcznie w swoich domach, straciło pracę. Jednak dzięki tej maszynie produkcja tkanin stała się tańsza, co oznaczało, że więcej osób mogło pozwolić sobie na zakup ubrań – a to z kolei sprawiło, że potrzeba było znacznie więcej rąk do pracy w fabrykach, w których teraz powstawały materiały.
Tak właśnie wyglądała dotychczasowa historia zmian technologicznych: maszyny zabierały miejsca pracy, by niezmiennie oddawać je w jeszcze większej liczbie. „System cenowy” okazał się znacznie bardziej odporny i elastyczny, niż wyobrażali to sobie czarnowidze tacy jak Howard Scott.
Dziś jednak, gdy roboty i sztuczna inteligencja coraz śmielej wkraczają do naszych biur i fabryk, czarnowidze powracają. Przewidują oni tsunami bezrobocia, które uderzy w miejsca pracy takie jak banki czy kancelarie prawne – sektory, które do tej pory skutecznie opierały się automatyzacji. Ich obawa polega na tym, że tym razem historia potoczy się zupełnie inaczej.
Według raportu brytyjskiej grupy badawczej Oxford Economics z 2019 roku, od 2000 roku roboty odebrały już około 1,7 miliona miejsc pracy na całym świecie. Zaniepokojeni są nawet ci, którzy pomogli to tsunami wywołać.
„Doświadczamy największej zmiany gospodarczej i technologicznej w historii ludzkości” – zadeklarował przedsiębiorca z Doliny Krzemowej, Andrew Yang, podczas swojej zaskakującej kampanii o nominację prezydencką Demokratów w 2020 roku. „Potrzebujemy sposobu, aby pomóc milionom Amerykanów przetrwać ten okres transformacji”.
Rozwiązaniem Yanga był powszechny dochód podstawowy w wysokości 1000 dolarów miesięcznie. To idea, która w ostatnich latach zyskała znaczny posłuch wśród inżynierów i przedsiębiorców z Doliny Krzemowej – nawet wśród tych, którzy zazwyczaj sprzeciwiają się jakiejkolwiek rozbudowie rządu.

Podczas Światowego Szczytu Rządowego w Dubaju w 2017 roku Elon Musk – który prowadzi nieustanną wojnę z agencjami próbującymi regulować jego samochody i rakiety, i którego plan wprowadzenia w pełni autonomicznych pojazdów może kosztować miliony miejsc pracy – wyraził poparcie dla gwarantowanego dochodu podstawowego.
„Masowe bezrobocie” będzie „ogromnym wyzwaniem społecznym” – ostrzegł Musk. Nawiązując do słów, które jego dziadek wypowiadał prawdopodobnie wielokrotnie, Musk podsumował: „Będzie coraz mniej zawodów, których robot nie wykona lepiej. Wraz z automatyzacją nadejdzie obfitość”.
„Objawy można łatać tylko do pewnego stopnia”
Dla technokracji programy takie jak powszechny dochód podstawowy to jedynie odsuwanie w czasie nieuniknionego dnia rozrachunku z „systemem cenowym”.
„Nie da się po omacku brnąć w ten system, łatając jedynie objawy” – wyjaśnił Tom Mason w niedawnym wywiadzie telefonicznym ze swojego domu w Tampa Bay na Florydzie. Mason ma 99 lat i jest związany z ruchem technokratycznym od lat 40. XX wieku.
„Dzisiejsi politycy nie chcą zająć się samą chorobą. Chcą jedynie leczyć objawy – a objawy można łatać tylko do pewnego stopnia”.

Dla technokracji „walka z chorobą” oznaczała całkowitą likwidację systemu cenowego oraz infrastruktury politycznej, która go podtrzymywała. Uważali, że są w stanie zapewnić obywatelom znacznie większe bezpieczeństwo niż jakikolwiek dochód podstawowy.
„W ramach Technatu będziemy odpowiedzialni za zdrowie i pomyślność każdego człowieka” – deklarował Howard Scott. „To więcej, niż kiedykolwiek zrobił jakikolwiek rząd polityczny”.
Plan technokracji zakładał zastąpienie systemu cenowego systemem opartym na energii. W latach 20. XX wieku Scott i jego współpracownicy rozpoczęli niezwykle ambitny program pod nazwą Przegląd Energetyczny Ameryki Północnej (Energy Survey of North America). Ideą było ustalenie wartości wszystkich towarów i usług wytwarzanych na kontynencie nie poprzez mierzenie nakładu pracy czy wydanych pieniędzy, lecz na podstawie ilości energii zużytej do ich wyprodukowania.
Następnie całkowitą ilość zużytej energii dzielono by przez liczbę obywateli Technatu powyżej 25. roku życia. Każdemu z nich wydawano by taką samą liczbę Certyfikatów Energetycznych, niezależnie od tego, czy byli zatrudnieni, czy nie. Certyfikaty te miały pełnić funkcję waluty Technatu.

Przy każdym zakupie odpowiednia liczba jednostek energii byłaby potrącana z Twojego konta. Ponieważ certyfikaty byłyby przypisane bezpośrednio do właściciela, nie można byłoby ich kupić, sprzedać, wymienić ani ukraść. Nikt nie byłby w stanie zgromadzić więcej niż inni. Była to recepta na radykalnie egalitarne państwo, przy którym niejeden bolszewik mógłby się zarumienić.
W Technacie życie zawodowe zaczynałoby się dopiero w wieku 25 lat. Po dołączeniu do siły roboczej pracowałoby się 16 godzin tygodniowo, otrzymując około 78 dni urlopu rocznie, a na emeryturę przechodziłoby się w wieku 45 lat.
W Technacie tylko niewielki procent dorosłych posiadałby pracę, a według Scotta powinien to być powód do świętowania. Większość tych prac wykonywanych „narzędziami ręcznymi” i tak nie była zbyt dobra, więc po co płakać, skoro teraz mogłyby je wykonywać maszyny? Ludzie, którzy kurczowo trzymali się staroświeckich idei na temat wartości pracy, byli dla niego „frajerami”.
„Jeśli chcesz wiedzieć, co zrobiła z ciebie praca, idź do domu, połóż się przed lustrem i zobacz, jakim wrakiem jesteś”.
„Jedną z najgorszych chorób społecznych jest wiara w moralną wartość pracy” – mówił do słuchaczy w Calgary. „Jeśli chcesz wiedzieć, co zrobiła z ciebie praca, idź do domu, przejrzyj się w lustrze i zobacz, jakim wrakiem jesteś”.
Scott wierzył, że ludzie – uwolnieni od konieczności zarabiania na życie i pewni, że wszystkie ich potrzeby materialne zostaną zaspokojone – będą mogli realizować się poprzez sztukę, rekreację, religię czy edukację. Wszystkie te dziedziny miały w Technacie rozkwitać.
Przekonanie, że ludzie pragną zostać uwolnieni od ciężaru pracy, jest stałym elementem literatury utopijnej od XIX wieku, jednak ignoruje ono pewne głębsze realia.
Przemawiając podczas Światowego Szczytu Rządowego w 2017 roku, Musk przyznał, że gwarantowany dochód podstawowy rozwiązałby tylko część problemu wywołanego przez bezrobocie technologiczne. „Znacznie trudniejszym wyzwaniem jest to, jak ludzie odnajdą w życiu sens?” – pytał Musk. „Wielu ludzi czerpie poczucie sensu ze swojej pracy. Jeśli więc twoja praca nie będzie już potrzebna, co nada ci sens? Czy poczujesz się bezużyteczny? To znacznie trudniejszy problem, z którym trzeba się zmierzyć”.

„Na zupełnie innym poziomie niż zwykli ludzie”
Howard Scott był niestrudzonym działaczem na rzecz Technocracy Incorporated – organizacji, którą założył i którą kierował aż do swojej śmierci w 1970 roku. Większość tych lat spędził na podróżach po Ameryce Północnej, głosząc swoją wizję drogi do lepszego świata. Książka zatytułowana Słowa i mądrość Howarda Scotta, przygotowana przez jeden z oddziałów organizacji po jego śmierci, liczy ponad 2000 stron.
Scott był postacią polaryzującą. Na dobre lub na złe, zawsze pozostawał publiczną twarzą technokracji.
Mierzący blisko dwa metry (6 stóp i 5 cali) wzrostu Scott był postacią imponującą, o głębokim, donośnym głosie, któremu pikanterii dodawały lata nałogowego palenia papierosów. W kontaktach publicznych często sprawiał wrażenie aroganckiego i protekcjonalnego, ale większość członków ruchu była urzeczona jego inteligencją, charyzmą i umiejętnością sypania z rękawa faktami oraz danymi dotyczącymi światowej produkcji przemysłowej.
„Był na zupełnie innym poziomie niż zwykli ludzie” – wspomina wieloletni członek organizacji, Ed Blechschmidt, w niedawnym wywiadzie przeprowadzonym w jego domu w Pensylwanii. Blechschmidt powiedział, że Scott, którego poznał w latach 60., „rozmawiał, wyjaśniał rzeczy, uśmiechał się i był przyjacielski. Ale gdy zadało mu się pytanie, natychmiast potrafił wygłosić dwudziestominutowy wywód na temat, którego nawet nie byłeś w stanie zrozumieć”.

Scott był również przebiegłym specjalistą od marketingu z zamiłowaniem do dramatyzmu. Lubił organizować to, co nazywał „symbolizacjami” – widowiska mające pokazać światu, że technokracja jest siłą, z którą należy się liczyć.
Największa symbolizacja odbyła się w czerwcu 1947 roku. Nazwano ją „Operacją Kolumbia” (Operation Columbia) – polegała na przejeździe kolumny setek samochodów wzdłuż zachodniego wybrzeża USA aż do Kolumbii Brytyjskiej, gdzie Scott wygłosił przemówienie do wypełnionej po brzegi hali Vancouver Forum, w której zasiadło 5000 osób.
Podczas publicznych wystąpień ruch Technocracy Incorporated prezentował się dziwnie zmilitaryzowanie. Jego członkowie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, nosili dopasowane szare mundury i jeździli samochodami, które również malowali na szaro. Pozdrawiali się nawzajem salutem.
Dla krytyków Scotta – wśród których było wielu jego byłych sojuszników – mundury i saluty stanowiły dowód na skłonności autorytarne. Uważali go za egoistycznego pyszałka. W rzeczywistości Scott prawdopodobnie mocno naciągnął swój życiorys, fałszywie podając, że posiada stopień naukowy i doświadczenie zawodowe jako inżynier. Ten ostatni punkt miał kluczowe znaczenie, ponieważ w Technacie to właśnie inżynierowie i inni eksperci mieli sprawować władzę.


Technokracja stała na stanowisku, że w świecie kręcącym się wokół nauki i technologii, za rządzenie powinny odpowiadać wyłącznie osoby o udowodnionej wiedzy eksperckiej w tych dziedzinach. Wykluczało to wszystkich „dyżurnych podejrzanych” – biznesmenów, prawników, bankierów czy akademików – z których żaden nie posiadał praktycznych umiejętności wymaganych przez współczesną epokę.
„Ci, którzy tworzą cywilizację, ostatecznie zdominują ją” – ogłosił Scott w przemówieniu w Winnipeg. „Inżynierowie i mechanicy stworzyli tę cywilizację i to oni w końcu przejmą nad nią kontrolę”. Technokracja budowała „technologiczną armię ludzi kompetentnych funkcjonalnie”.
Oznaczało to, że nie będzie miejsca ani potrzeby dla demokracji. Wszystkie normalne funkcje rządu – edukacja, zdrowie, warunki sanitarne, bezpieczeństwo publiczne – byłyby sprawowane przez ekspertów wybieranych przez ich własne środowiska. Lekarze głosowaliby na osobę odpowiedzialną za system opieki zdrowotnej, nauczyciele na osobę kierującą szkołami i tak dalej. Powstałby gabinet złożony z około stu takich ekspertów, którzy wyłanialiby „dyrektora kontynentalnego” sprawującego nadzór nad całością.
W ten sposób technokracja planowała rozwiązać swój główny zarzut wobec demokracji: że prowadzi ona do obsadzania stanowisk przez zbyt wielu niekompetentnych ludzi lub że zbyt wiele osób podejmuje błędne decyzje z powodu braku niezbędnej wiedzy, chęci zysku, ambicji lub innych motywacji, które sprowadzają ich na manowce.

„Nie jesteście u nas mile widziani”
Ta idea nie była nowa. Już Platon wierzył, że społeczeństwo funkcjonuje najlepiej, gdy jest zarządzane przez ekspertów. Skupienie technokracji na inżynierach wyrastało z przekonania, że niemal każdy problem społeczny posiada swoje technologiczne rozwiązanie.
Dziś pogląd, że rządy są zbyt powolne, zbyt niewydolne i zbyt mało fachowe, by rozwiązywać trudne problemy, jest powszechny wśród inżynierów i przedsiębiorców z Doliny Krzemowej.
Ten libertariański impuls od zawsze był częścią etosu Doliny Krzemowej. Jednym z jego pierwszych i najmocniejszych wyrazów była ogłoszona w 1995 roku przez pioniera technologii, Johna Perry’ego Barlowa, „Deklaracja niepodległości cyberprzestrzeni” podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.
„Rządy świata przemysłowego, wy znużone olbrzymy z ciała i stali” – brzmiał wstęp Deklaracji. „Przybywam z Cyberprzestrzeni, nowego domu Umysłu. W imieniu przyszłości proszę was, istoty z przeszłości: zostawcie nas w spokoju. Nie jesteście u nas mile widziani. Nie posiadacie suwerenności tam, gdzie my się gromadzimy”.
Od czasu deklaracji Barlowa nastawienie Doliny Krzemowej wobec rządów stało się bardziej ugodowe – zarówno z wyboru, jak i z konieczności. Jednak wciąż żywe pozostaje przekonanie, że pozostawione same sobie firmy technologiczne są w stanie lepiej rozwiązywać problemy w takich obszarach jak transport, edukacja czy opieka zdrowotna, gdzie dekady rządowych regulacji wyhamowały innowacyjność.
„Brakuje koncentracji na efektywności” – ubolewał były prezes Google, Eric Schmidt, podczas panelu na temat rządu i technologii w 2019 roku. „Powodem braku innowacji w administracji rządowej jest brak premii za innowacyjność. W rzeczywistości, jeśli podejmiesz ryzyko… i poniesiesz porażkę, twoja kariera jest skończona”.
System, „w którym problemy można identyfikować na podstawie dowodów, faktów i rozumu, a nie przekonań ideologicznych… Myślę, że dla wielu osób jest to atrakcyjna wizja”.
To rodzaj górnolotnej retoryki, do której przyzwyczaili nas inżynierowie i przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, a ich upór, by rządy ustąpiły pola „prawdziwym ekspertom od rozwiązywania problemów”, jest ewidentnie interesowny. Jednak idea, by w poszukiwaniu rozwiązań dla niezwykle złożonych problemów – takich jak śmiertelna pandemia czy kryzys klimatyczny – zwracać się do ekspertów, a nie do polityków, zyskuje na popularności wszędzie.
„Idea apolitycznego świata podoba się coraz większej liczbie ludzi” – twierdzi Eri Bertsou, starsza badaczka na Uniwersytecie w Zurychu i współredaktorka wydanej w 2020 roku książki pt. The Technocratic Challenge to Government (Technokratyczne wyzwanie dla rządów).
„Ludzie są zmęczeni i zniechęceni wrzawą oraz kłótniami charakterystycznymi dla polityki przedstawicielskiej” – mówi Bertsou. „Pociąga ich więc wizja wydajnego, działającego niczym maszyna systemu (…), w którym problemy można identyfikować na podstawie dowodów, faktów i rozumu, a nie przekonań ideologicznych. Myślę, że dla wielu osób jest to atrakcyjna wizja”.
Bertsou bada wzrost znaczenia „technokratycznych” rządów na całym świecie, zwłaszcza w Europie. W lutym 2021 roku Mario Draghi – ekonomista i były prezes Europejskiego Banku Centralnego, który nigdy wcześniej nie sprawował urzędu politycznego – został mianowany premierem Włoch, aby pomóc w zarządzaniu odbudową gospodarczą kraju po pandemii.
Draghi to „technokrata”, wybrany ze względu na konkretne doświadczenie, jakie wnosi na to stanowisko. Włosi lubią technokratów, zwłaszcza w trudnych czasach, a Draghi jest już czwartym technokratycznym premierem w tym kraju od 1993 roku. Technokratów na szczeblu ministerialnym można znaleźć także między innymi w Grecji, Francji i Libanie. Żaden z nich nie zostałby jednak zaakceptowany przez ruch Technocracy, ponieważ wciąż działają oni w ramach „systemu cenowego” i wciąż leczą „objawy”, a nie samą chorobę.

Podczas gdy liczba technokratów w rządach rośnie, zwiększa się również liczba polityków populistycznych, którzy brak fachowej wiedzy noszą niczym order.
W trakcie kampanii prezydenckiej w 2020 roku prezydent USA Donald Trump szydził ze swojego przeciwnika, Joe Bidena, za słowa o „słuchaniu naukowców” w kwestii zarządzania pandemią COVID-19. „Gdybym całkowicie słuchał naukowców”, obwieścił Trump, „mielibyśmy teraz kraj pogrążony w potężnej depresji”.
Jednak za niesłuchanie ekspertów przyszło zapłacić określoną cenę. Kraje rządzone przez populistycznych liderów o różnych odcieniach – w szczególności USA, Brazylia i Wielka Brytania – odnotowały jedne z najwyższych wskaźników śmiertelności z powodu COVID-19.
Dla wieloletnich sympatyków Technocracy Incorporated, takich jak Ed Blechschmidt, fakt, że ktokolwiek mógłby kwestionować naukę w kwestii pandemii czy jakiejkolwiek innej, jest nie do pojęcia.
„Z nauką i technologią nie można dyskutować” – upierał się. „Nauka istnieje, a fakt naukowy to fakt. Nie można mieć w tej kwestii stanowiska politycznego. Trzeba to uznać i wdrażać naukę w życie”.
Jednak jak przekonaliśmy się podczas pandemii, nauka potrafi czasem mówić wieloma głosami, a z definicji demokracja przedstawicielska wymaga nieustannego balansowania między sprzecznymi interesami. Rządy muszą słuchać naukowców, ale także przedsiębiorców, rodziców i wielu innych grup.
Bertsou uważa, że upierając się przy znajdowaniu jednego, poprawnego rozwiązania każdego problemu, technokracja stworzyła fałszywą dychotomię. „Nie istnieje tylko jeden rodzaj wiedzy naukowej i nie ma jednego sposobu na zarządzanie problemami społecznymi”.
Ruch Technocracy Incorporated narodził się niemal sto lat temu, szukając odpowiedzi na dwa ważne pytania: Dlaczego na kontynencie tak bogatym w zasoby naturalne, energię i potencjał przemysłowy tak wielu ludzi cierpi? Oraz jak demokracja, ze wszystkimi swoimi oczywistymi niedoskonałościami, może nadal skutecznie funkcjonować w świecie, w którym nauka i technologia odgrywają coraz bardziej dominującą rolę?
Odpowiedzi technokracji na oba te pytania były śmiałe, radykalne, nadmiernie skomplikowane i skrajnie niepraktyczne. Dziś nikt nie mówi o północnoamerykańskim Technacie, 16-godzinnym tygodniu pracy czy zastąpieniu pieniędzy certyfikatami energetycznymi. Błędem byłoby jednak zlekceważenie Technocracy Incorporated jako kolejnego nieudanego projektu utopijnego – zwłaszcza dopóki odpowiedzi na te dwa pytania pozostają tak nieuchwytne.
